1 Maja to dziwne święto. Chyba jedyne, które zostało osierocone i dziś tak tkwi (dla niektórych jak zadra w oku) bez oficjalnej przyczyny. Nie jest już świętem ludu pracującego, a jego znak firmowy – czyli pochody ulicami miast – dawno już mu odebrano. Nie przyjęła się też inicjatywa Kościoła katolickiego, aby 1 Maja przerobić na święto religijne ku czci świętego Józefa Rzemieślnika, patrona ludzi pracy.
PRL nie miał monopolu na nonsensy
Tak więc dziś pozostał tylko 1 Maja, czyli święto nie wiadomo kogo lub czego. Okazuje się, że nie tylko PRL sypał nonsensami jak z rękawa, ale i III RP potrafiła zafundować nam coś równie absurdalnego jak święto bez powodu. I co ciekawe wyjątkowo szyderczego charakteru w tej sytuacji nabiera stare, komunistyczne hasło – „Niech się święci 1 Maja”. No właśnie: po prostu niech święci. Tylko po co?
Pochodowe ostatki
A przecież jeszcze ja – rocznik 71 – pamiętam pierwszomajowe chwile chwały, choć już nadgryzione przez brak u ludzi podstawowej świadomości klasowo-partyjnej. Wszystko zaczynało się o godzinie 6 rano, gdy leciała telewizyjna transmisja pochodu z Moskwy (nadawali ją chyba bite trzy godziny!), Po nim ruszał pochód w Warszawie, także transmitowany przez TV. Potem sunęły pochody mniejsze, w miastach i miasteczkach. Jednak w drugiej połowie lat 80, na które się załapałem, pochody co prawda były, ale takie trochę nijakie. Przynajmniej te w Koszalinie. Jakiś tam przemarsz ulicami przed trybuną ustawioną na ulicy Zwycięstwa był i w starszych klasach podstawówki niektórzy nauczyciele bąkali, że warto się jednak pokazać, bo po co wam – i waszym rodzicom – kłopoty?
No więc przeszedłem się w takim pochodzie z dwa, trzy razy, ale wtedy to była fajna zabawa, bo polityczno-klasową nadbudowę wszyscy mieli gdzieś (łącznie z organizatorami) i taki pochód to było spotkanie z kumplami i niezła okazja, aby poderwać dziewczyny z innych szkół. A w ostatnich dwóch latach istnienia PRL-u to chyba już nawet i pochodów nie było tylko jakieś kiermasze organizowano w zamian. Dobrze pamiętam?
Zlikwidować Święto 1 Maja
Wiem jednak, że nie zawsze było tak wesoło. Ze wcześniej, kto nie wziął udziału w pochodzie mógł wylecieć z pracy i długo jej potem szukać, a w latach 50 - tych nieobecność mogła się skończyć więzieniem. Dla wielu starszych Polaków 1 Maja pewnie był i jest symbolem kłamstwa i udawania czegoś, czym nie był: świętem ludzi pracy, którzy mieli być szczęśliwi, bo trafili do komunistycznego raju na ziemi. A jak było naprawdę wszyscy wiemy. Dlatego jak już mieliśmy odwagę powiedzieć „a” to odważmy się powiedzieć „b”. I zlikwidujmy 1 Maja jako święto do końca i przenieśmy je na Wigilię 24 grudnia, robiąc ten dzień wolny od pracy. Przynajmniej panie się ucieszą, bo przestaną się w końcu bać, że szef je nie zwolni wcześniej i nie zdążą z wigilijną kolacją.
Ten wpis został dodany
w Środa, 29 kwiecień, 2009 o godzinie 18:12 w kategorii Ludzie i miejsca.
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu za pomocą kanału RSS 2.0.
Komentarze i pingi są obecnie wyłączone.
Dodano: 29 kwiecień 2009 (Środa). Autor: Piotr Polechoński. Komentarzy: (7)
Opublikowano w Ludzie i miejsca
29 kwiecień 2009 (Środa), godz. 20:38
Nie jestem entuzjastą uroczystego obchodzenia 1 maja jako święta (dokładniej to Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy), nie domagam się jednak jego likwidacji. Przypominam, że w Polsce obchodzimy je od XIX w., czyli z czasów II RP – kraju wolnego i niepodległego. Bardziej obawiam się monopolu Kościoła na święta wszelakie, jak chociażby postulat zrobienia wolnym 24 grudnia czy Boże Ciało. To co się teraz dzieje, to tworzenie historii na nowo. Przy władzy są osoby o poglądach prawicowych i tylko takie mają wg nich rację bytu. Oznaczać to ma, że każdy przejaw lewicowości jest niesluszny. I to postulują demokraci, zwolennicy pluralizmu, i równości?
1 maj 2009 (Piątek), godz. 11:48
Zgadzam się z JJ.
Panu Piotrowi życzę umiaru w prawicowym zacietrzewieniu rodem z PiS.
4 maj 2009 (Poniedziałek), godz. 15:04
Do JJ – Oczywiście mój wpis był leciuchną prowokacją i zapawniam, że jestem jak najdalej od tego, aby popierać jakiekolwiek dążenie Kościoła do monopolizowania czegokolwiek. Pisząc o Wigilii chciałem tylko wzmocnić główną myśl mojego wpisu: że żyjemy w kraju absurdów, w którym akceptujemy nonsensy. W Święto 1 Maja nikt niczego nie święci tylko rozpoczyna długi weekend, a w Wigilię wszyscy świętują swoją rodzinność, a cała Polska udaje, że w dzień ten ktoś pracuje. Zawsze bawiło mnie też usilne nadawanie sensu temu, że po 1989 roku rządzącym zabrakło odwagi i zostawiono Święto 1 Maja, bez tego całego peerelowskiego bagażu. Bo efekt tego jest taki, jaki napisałem: zostało święto nie wiadomo jakie. Co gorsza w skutek tego pojawił się też problem 2 maja,który to dzień – wciśnięty pomiędzy 1, a 3 maja – też jakoś trzeba było świątecznie zagospodarować i tak sztucznie powstało pojęcie Święta Flagi, którego niemal nikt nie obchodzi (wystarczyło w sobotę rzucić okiem na nasze blokowiska – flag było jak na lekarstwo). Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo nie lubię fałszu i takiego wykrzywiania rzeczywistości, aby trudno było się zorientować czym ona tak naprawdę jest. Chcemy robotniczego święta? Proszę bardzo! Ale wcześniej nazwijmy je otwartym tekstem i obchodźmy uroczyście oraz państwowo. Ma być Święto Flagi? Ależ nie mam nic przeciwko temu! Wcześniej jednak tak wychowajmy młodzież, aby ta z potrzeby serca i głębokiego patriotyzmu wieszała flagi w oknach, a nie dlatego, że ktoś im z góry będzie to sugerował. Nie pielęgnujmy świątecznej hipokryzji, bo kolejne pokolenia, już od dziecka, będą uczyły się, że nasza polska tożsamość to jedno, wielkie udawanie.
. Wiem, że te może i nie zawsze są mądre i nie zawsze trafne, ale za każdym razem są to moje własne, prywatne poglądy. I cieszy mnie każdy, dodany pod nimi wpis.
Do Adama – zapewniam, że ani PIS, ani PO, LPR, SLD, PSL, ani Krajowa Partia Emerytów i Rencistów, ani nawet Polska Partia Krasnoludów nie mają wpływu na moje poglądy
Z rewolucyjnym pozdrowieniem!
Piotr Polechoński
4 maj 2009 (Poniedziałek), godz. 17:10
No cóż, skoro tak Pan stawia sprawę, to pozostaje mi jedynie stwierdzić, że jest Pan niepoprawnym idealistą. Świat bez fałszu, hipokryzji i udawania to utopia – równość i porządek to teoretyczne cechy socjalizmu. Demokracja jest emanacją idei wolnościowych, co za tym idzie otwiera drogę konfliktom poglądów i interesów. Politycy są po przeciwnej stronie barykady niż społeczeństwo – z jednej strony ciąży na nich rodzicielski obowiązek edukacji, wychowania i troski o swoje dzieci (ojciec[koalicja rządząca] chce tak, a matka [opozycja] inaczej, a babcia [media] jeszcze inaczej – każdy sobie rzepkę skrobie), z drugiej jest zależna od nas. . Ludzie(my) mamy krótki zasięg widzenia: ważna jest nasza kieszeń, nasz czubek nosa. Nie ma się zatem co dziwić, że oczekujemy maksymalnej liczby dni wolnych. A czy to Święto Pracy czy Boże Ciało, to mam wrażenie, że nie ma to większego znaczenia. Spory ideologiczne zajmują tylko tych, którzy mają w tym interes – ofiary represji, uczestników walk, no i polityków. Każdy ma swoją prawdę – jak napisałem w poprzednim komentarzu: teraz piszemy historię na prawo, za chwilę na lewo.
Problem patriotyzmu, również lokalnego (ilu mieszkańców wywiesza flagę miasta w urodziny Koszalina, przecież o już niedługo), jest szerszy – głównie zależy od edukacji.
Z ewolucyjnym pozdrowieniem!
JJ
4 maj 2009 (Poniedziałek), godz. 22:20
A ja się w pełni zgadzam z panem Piotrem. Świętowo-rocznicowa hipokryzja jest w Polsce posunięta do tego stopnia, że każdy normalny człowiek zamiast świadomie i z przekonania świętować ważne dla Polski dni ucieka wówczas, gdzie tylko może. Byle tylko było normalnie i prawdziwie.
P.S – Przy okazji gratuluję książki “Mój magiczny Koszalin”. Świetna robota!
13 maj 2009 (Środa), godz. 14:31
Moje pierwszomajowe rozczarowania
We wczesnym dzieciństwie byłem zauroczony pierwszomajowymi pochodami. Możliwość maszerowania w nich, uważałem za zaszczyt, na który trzeba sobie zasłużyć. Bardzo szybko jednak wybito mi z głowy to przekonanie. Bodajże już jako uczeń trzeciej klasy szkoły podstawowej usłyszałem od nauczycieli, że my jako dzieci mamy obowiązkowo wziąć udział w pochodzie. Zagrozili przy tym, że niespełnienie tego obowiązku zostanie ukarane. Uznałem to, za profanację podniosłej atmosfery pierwszomajowego święta.
Nie pamiętam, czy już wtedy na znak protestu nie poszedłem w pochodzie. Z reguły jednak przez wiele lat następnych, tak jak większość moich kolegów i koleżanek, poddawałem się temu obowiązkowi. Nie odczuwałem z tego powodu spodziewanej wcześniej radości i satysfakcji. W każdym razie moje pierwotne marzenie, aby maszerować w pochodach pierwszomajowych, zmieniło się w swoje przeciwieństwo. Za punkt honoru uważałem, aby nie dać sobie wcisnąć szturmówki, transparentu lub jakiegoś innego pierwszomajowego „gadżetu”. Moje nastawienie w tym względzie nie wynikało z moich wewnętrznych przekonań, lecz poddania się nie wiadomo skąd płynących podszeptów. Miały one w sobie jakąś zniewalająco – magiczną moc przyciągania. Wsłuchując się w nie odczuwałem dreszczyk emocji związany z zawieszeniem pomiędzy mglistą nadzieją osiągnięcia stanu niczym nieskrępowanej wolności, a silną obawą przed nieprzyjemnymi konsekwencjami za wyrażenie w jakikolwiek sposób negatywnego nastawienia wobec pochodów. Tego typu odczucia i refleksje jednak bardzo szybko zanikały w podniosło – radosnej atmosferze pierwszomajowego święta. Większość ludzi zdawała się nie traktować swego uczestnictwa w pochodzie, jako udręki czy nawet obowiązku, lecz raczej konieczny wstęp do miłego spędzenia czasu. Władze partyjne i państwowe dbały o to, by ludzie tego dnia mieli wiele powodów do zadowolenia. Oferta imprez pierwszomajowych była wówczas przebogata, w każdym razie stokroć bogatsza niż obecnie. Z oferty tej korzystali wszyscy, nawet ci, którzy nie brali udziału w pochodzie. Ci ostatni stanowili zdecydowaną mniejszość.
Ogólne wrażenie było takie, że cały naród w dzień pierwszego maja wylegał z domów na pięknie i bardzo bogato udekorowane ulice, place i wszelkie miejsca, gdzie na różne sposoby można było radować się tym świętem. Ówczesna propaganda przedstawiała ten fakt, jako wyraz poparcia Narodu dla rządzącej nim ekipy i wykazania, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza stanowi jego siłę przewodnią. W każdym razie w dzień święta pracy ówczesne hasło: „Naród z Partią, Partia z Narodem”, mogło się wydawać w pełni prawdziwe. Prawdziwe było ona jednak tylko w swej zewnętrznej i to stosunkowo cienkiej powłoce. W miarę, jak coraz większymi literami wypisywano, to i inne socjalistyczne hasła, tym bardziej okazywały się one fikcją. Dziś winą za ten stan rzeczy obarczmy ówczesne władze państwowe i partyjne. Trudniej jest nam przyznać, że winne było niemal całe społeczeństwo. Nie da się zaprzeczyć, że tak wtedy, jak i obecnie większość z nas ma tendencje do zrzucania swojej własnej odpowiedzialności na barki ludzi sprawujących władzę. Ci ostatni, tak wtedy, jak i obecnie tylko w nikłym stopniu kierują się dobrem ogólnospołecznym. Większość prominentnych polityków minionego ustroju, znalazłszy się w nowej rzeczywistości, bardziej zadbało o swoje interesy i kariery, aniżeli wcielanie w życie idei socjalizmu. W każdym razie przestali w nią wierzyć wcześniej aniżeli reszta narodu. Niezaprzeczalnym faktem jest, że politycy wywodzący się z PZPR-u zasilili w równym stopniu partie lewicowe jak i prawicowe. Choć obecnie scena polityczna jest bardziej zróżnicowana, to mimo wszelkich pozorów osoba, która chce na niej odgrywać jakąś znaczniejszą rolę musi się jeszcze bardziej nagiąć do panujących w danej formacji warunków. Trzeba być wyjątkowo odważnym aby wyrazić swoją indywidualność.
Nie przewidywałem, że system socjalistyczny w Polsce upadnie, ale jego końcowe lata, coraz bardziej pachniały mi fałszem. Z tego między innymi powodu przestałem chodzić w pochodach pierwszomajowych. Swojego negatywnego ustosunkowania do nich, nie ukrywałem. Pragnę przy tym zaznaczyć, że byłem członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Co więcej w miarę upływu czasu stawałem się coraz bardziej świadomym komunistą. Dla mnie komunizm to najlepszy – choć jeszcze w żadnym państwie nie zrealizowany – ustrój wypełniający zasadę „każdemu według jego potrzeb, od każdego według jego możliwości”, to „skok z królestwa konieczności do królestwa wolności”. Mając takie przekonania, nie mogłem uczestniczyć w czymś co uznawałem za fikcję. W moich oczach, większość ludzi biorących udział w pochodach wbrew wszelkim pozorom nie manifestowała swego przywiązania do socjalizmu, ale raczej stan swojego zniewolenia fałszywą stworzoną przez siebie sytuacją. Nic więc dziwnego, że jak runął w naszym kraju system nazywany
„realnym socjalizmem” (4 czerwca mija okrągła 20 rocznica tego wydarzenia) skończyło się masowe chodzenie ludzi w pochodach pierwszomajowych. Tradycję tę próbowały utrzymać tzw. siły lewicy. Wychodząc z założenia, że w tych okolicznościach w pochodach będą uczestniczyć tylko ci, którzy naprawdę tego chcą, postanowiłem i ja się do nich przyłączyć. Jednak już na samym wstępie doznałem rozczarowania widząc niebieskie zamiast czerwonych flagi, pod którymi zamierzały maszerować siły określające się mianem „Lewicy”. Widząc to wziąłem jedną z takich flag, pobiegłem do domu i zmieniłem na drzewcu niebieskie płótno na czerwone i tak poszedłem w pochodzie. Tym sposobem wyraziłem sprzeciw wobec pozbywania się socjalistycznych ideałów przez tzw. „Lewicę”. Moja dezaprobata dla tej formacji pogłębiła się w następnych latach, kiedy zauważyłem, jak czołowi jej politycy zaczęli traktować pochody pierwszomajowe jako okazję do prowadzenia kampanii wyborczych. Nie miałbym nic przeciwko temu, a nawet bym temu przyklasnął, gdyby kierowali się potrzebą reprezentowania interesu ludzi pracy. Wkrótce okazało się, że była to tylko przykrywka, za którą kryła się cyniczna chęć utrwalenia bądź wzniesienia wyżej swojej pozycji w rankingu politycznym. Z okazji tej w ostatnich latach zaczęli korzystać przedstawiciele innych ugrupowań politycznych partii, . Wyraźnym tego przykładem był tegoroczny wiec pierwszomajowy przed koszalińskim ratuszem. Na jego schodach stali mówcy, z których co najmniej połowa nie identyfikowała się z siłami „Lewicy”. Z tego powodu można byłoby nawet się cieszyć, gdyby głoszone przez nich slogany nawołujące do jedności narodowej, były szczere i prawdziwe. W moim odczuciu większość tegorocznych pierwszomajowych przemówień ze schodów koszalińskiego ratusza służyła mówcom do zdobycia kolejnych punktów umacniających ich pozycję na scenie politycznej. Jeżeli jestem niesprawiedliwy w swym subiektywnym sądzie, to czekam na repliki, na które chętnie odpowiem lub zostanę zmuszony do zmiany zdania i przeprosin. Moją konstatacje potwierdzał jednak fakt, że mówców słuchały tylko niektóre osoby z pierwszego względnie z drugiego rzędu zebranych osób. Wchodząc głębiej w tłum prawie w ogóle nie słyszałem wygłaszanych przemówień, lecz tylko rozmowy na różne tematy pomiędzy uczestnikami wiecu. Dyskutanci podzieleni byli na wiele niezależnych od siebie grupek.
Urządzane w ostatnich latach manifestacje pierwszomajowe są zdecydowanie są mniejsze liczebnie od tych, które pamiętamy z okresu PRL-u. Dostrzec w nich można taki samą, a może nawet większą przepaść obojętności oddzielającą mówców od słuchaczy. Chciałem to zmienić. W odpowiednim czasie zgłosiłem się do głównego organizatora tegorocznych obchodów pierwszomajowych Jana Dobrzyniaka, z propozycją a wygłoszenia swoich propozycji. Uzyskałem zgodę. Przewodniczący wpisał mnie na listę mówców pod numerem siódmym. Nie chciałem, aby ludzie identyfikowali mnie z politykami, więc nie dołączyłem do grupy mówców zebranych na schodach ratusza. Stałem w tłumie manifestantów. Przewodniczący widział mnie od samego początku. Kiedy jednak przyszła kolej na moje przemówienie i ruszyłem w kierunku mikrofonu, wykonał symboliczny gest nakazujący mi się zatrzymać. Później, gdy go zapytałem dlaczego tak zrobił, odpowiedział, że przyszedłem dwie minuty po rozpoczęciu imprezy. Był to tylko kłamliwy pretekst, albowiem wcześniej razem wyliczyliśmy, że moje wystąpienie możliwe będzie najwcześniej pół godziny po rozpoczęciu imprezy. Podejrzewam, a nawet jestem pewien, że gdyby w ostatniej minucie przybyła jakaś ważna osoba, to tow. Jan Dobrzyniak udzieliłby by jej głosu. Niech jednak będzie, że nie mam racji. Organizatorzy ustalili, że przemawiać powinny tylko zebrane na schodach ratusza i do, tego trzeba było się dostosować. Myślę sobie jednak, że dobrze byłoby zmienić ten zwyczaj i dopuścić do wygłoszenia przemówień ludziom z tłumu nie będących politykami (oczywiście po wcześniejszym zapisaniu się przez nich do głosu) W ten sposób być może chociaż trochę ożywiło to coraz bardziej duchową martwiejące święto. Dobrze byłoby, gdyby zamiast wygłaszanego przez politycznych mówców tradycyjnego ple,ple, ple…ble, ble, ble pojawiły się autentyczne wypowiedzi zwykłych ale rozsądnych ludzi prowadzące do konstruktywnych dyskusji, a te z kolei do pozytywnej zmiany aktualnej rzeczywistości.
Lech Fabiańczyk
16 maj 2009 (Sobota), godz. 0:06
Boży człowiek LECH FABIAŃCZYK i autentyczne wypowiedzi zwykłych ale rozsądnych ludzi prowadzące do konstruktywnych dyskusji. Dlaczego nie ? Do dzieła Boży Człowieku, tylko to zastrzeżenie. Marzy Boży Człowiek JA będę cenzorem.