Lothar z ulicy Dworcowej
Zacni komentatorzy moich blogowych wpisów zwrócili mi uwagę, że Leslie Brent wydał właśnie swoją książkę, w której między innymi pisze o Koszalinie. Kim jest Leslie Brent i dlaczego zawraca sobie głowę miastem nad Dzierżęcinką? Otóż jest światowej sławy brytyjskim naukowcem, który otarł się o nagrodę Nobla. A z Koszalinem wiąże go to, że tu się urodził, w 1925 roku, jako Lothar Baruch, syn żydowskiego kupca. Jego losy stanowią niezwykły symbol skomplikowanych losów tego miasta. Mały Lothar dorastał w niemieckim Koszalinie jako żydowski chłopiec, a kilkadziesiąt lat później wrócił do polskiego Koszalina jako londyńczyk. W międzyczasie wojna zabrała mu to, co najcenniejsze – rodzinę.

Leslie Brent (fot. Zdzisław Pacholski)
Tam i z powrotem
Lothar Baruch przyszedł na świat w budynku, przy ulicy Dworcowej (na jednej z jego ścian wisi tablica upamiętniająca ten fakt). W Koszalinie spędził pierwsze kilkanaście lat swojego życia. Z tego okresu , jak sam opowiada, najbardziej zapamiętał dwie sceny. Pierwsza to moment, gdy siadał na balkonie w kuchni i patrzył w stronę dobrze widocznego morza. Marzył wtedy o tym, o czym marzą inni chłopcy – o wyrwaniu się z małego miasteczka i dalekich podróżach. Druga scena to jedna z lekcji w szkole, już po dojściu Hitlera do władzy, gdy nauczyciel wykrzyczał mu prosto w twarz, co myśli o „parszywych Żydach”. To już był czas pacyfikowania Niemców żydowskiego pochodzenia na wielką skalę i przygotowań do „Nocy Kryształowej” w 1938 roku. I wtedy właśnie los okrutnie zakpił sobie z marzeń małego Lothara. Wyruszył w podróż najpierw do Berlina, a potem do Londynu, w ramach tak zwanych „dziecięcych transportów” organizowanych przez niemieckie i brytyjskie organizacje żydowskie. Jego rodzice zgodzili się na to, bo wierzyli, że dzięki temu przetrwa on najgorsze chwile z dala od hitlerowskich Niemiec, a gdy nazistowskie szaleństwo minie, połączą się ponownie. Tak się nie stało. Cała rodzina Lothara zginęła w niemieckich obozach, a on sam został w Anglii (jako Leslie Brent). Tu zrobił naukową karierę i w 1960 roku znalazł się w trzyosobowym zespole noblisty z dziedziny immunologii, Petera Medawera (ten ostatni podziękował Brentowi publicznie podczas przyznawania nagrody). Do Koszalina ponownie przyjechał pod koniec lat 80. Jednak dopiero wizyta w roku 2005 okazała się prawdziwym powrotem do domu. Przyjechał wówczas na oficjalne zaproszenie władz miasta, które zorganizowały mu pobyt. Ale tak naprawdę stało się to dzięki Zdzisławowi Pacholskiemu, artyście fotografikowi z Koszalina, który Leslie Brenta „odkrył” dla współczesnych koszalinian. Podczas wizyty nie brakowało wielu wzruszających momentów. Między innymi doszło do uroczystego oznaczenia miejsca, gdzie kiedyś w Koszalinie mieścił się żydowski cmentarz (przy ulicy Rzecznej), na którym ciągle spoczywają przodkowie Leslie Brenta. Potem profesor wyjechał i w londyńskich gazetach opublikował kilka artykułów, w których opisał jak ciepło przyjęto go w polskim Koszalinie.
Koszaliński łącznik
Historię Leslie Brenta poznałem dzięki Zdzisławowi Pacholskiemu. Udało mi się też spotkać z profesorem i z nim porozmawiać. To wspaniały, skromny człowiek o wielkim sercu. Najbardziej jednak zapamiętałem jego oczy, bardzo smutne, gdy spoglądał na dom, w którym mieszkał. W tym spojrzeniu było wszystko: utracone dzieciństwo, tęsknota za Koszalinem, którego już nie ma i ból po rodzinie, którą tu zostawił. Koszalin, który znał rozmył się w polskim żywiole i zmienił oblicze, które dla niego okazało się obliczem nieznanym. To już nie było niemiecko-żydowskie miasto, które pamiętał. A ja patrząc na niego chyba jak nigdy dotąd, bo niemal namacalnie, uświadomiłem sobie, że oto stoi obok mnie człowiek, który choć tak jak ja urodził się w Koszalinie, ale on w tym Koszalinie chodził do miejscowej synagogi, a z kolegami ze szkoły mówił po niemiecku, nie po polsku. Innymi słowy Leslie Baruch Brent jest łącznikiem dwóch koszalińskich tożsamości: tej przedwojennej i tej aktualnej, współczesnej. Niezwykłym tego symbolem był moment, gdy na dziedzińcu Muzeum ukląkł przed nagrobkiem swojego ciotecznego dziadka, Dawida Barucha. Nagrobek ten cudem przetrwał zniszczenie cmentarza przez nazistów i kilka lat przed przyjazdem profesora został odnaleziony gdzieś w zaroślach. Niełatwo było uciec od skojarzeń, że ten odłamek z żydowskiej nekropolii zachował się po to, aby po latach Leslie Brent mógł zamknąć przy nim rozdział, którego przez tyle lat zamknąć nie umiał i zaakceptować ten Koszalin, który zastąpił jego Koszalin. Z tego co wiem, zrobił to z wielką życzliwością dla obecnych koszalinian, co też ponoć zawarł w swojej najnowszej książce. Mam wielką nadzieję, że szybko zostanie ona przetłumaczona na język polski i rychło trafi na półki koszalińskich księgarń. W ten sposób pewien żydowski chłopiec na dobre wróci do swojego rodzinnego miasta.

Leslie Brent (fot. Zdzisław Pacholski)


28 czerwiec 2009 (Niedziela), godz. 23:33
Witam. Znalazłem o nim stronę w wikipedii. Myślę że ktoś mógłby stworzyć polską wersje tejże strony o nim z uzupełnionymi informacjami. I któżby pomyślał ile to osób sławnych pochodzi z koszalina…
29 czerwiec 2009 (Poniedziałek), godz. 8:18
Racja. Aż się prosi, aby taka strona powstała w języku polskim. Może koszalińskie władze powinny o tym pomyśleć? Byłaby to świetne promocja miasta, a stary profesor pewnie byłby szczęśliwy z tego powodu.
Pozdrawiam!
30 czerwiec 2009 (Wtorek), godz. 16:50
Otarł sie o nagrodę Nobla troszeczkę, czy dość mocno. A może tylko przytarł?
22 sierpień 2009 (Sobota), godz. 10:19
ad vocem do tekstu w GK z 22.08:
Przyjaciele “nasi”, czy “nieobecni”? To jakaś schizofrenia.
Tytuł mojej ksiązki błędny. Domagam się sprostowania (dla kogoś, kto będzie o nią pytał np. u wydawcy).
apel o oczyszczenie tablicy dla LBB na Dworcowej 4.
autobiografia LBB po polsku: to dopiero dowód “naszej (czyjej) przyjaźni”.
5. Marsz Pamięci 8 listopada. Dalsze info później.
22 sierpień 2009 (Sobota), godz. 12:07
Oczywiście, za pomyłkę z tytułem książki przepraszam. Właściwy tytuł brzmi “O Żydach w Koszalinie” (w najbliższych dniach ukaże się sprostowanie w papierowym wydaniu Głosu). A co do “nasi” to kompletnie księdza uwagi nie rozumiem. Uważam, że tytuł tekstu jest w pełni jasny, a przede wszystkim trafny
Serdecznie pozdrawiam!